ROCZNICOWE REFLEKSJE Za największy sukces ostatniego 20-lecia społeczeństwo uznało pełne półki w sklepach. Na ten nasz największy sukces zaczęliśmy pracować nieco wcześniej, niż doszło do rozmów Okrągłego Stołu i grubo przed czerwcowymi wyborami.
Teza, że polskie życie polityczne jest bardziej oddalone od realnej rzeczywistości niż Ziemia od Słońca jest tak prosta do udowodnienia, że z przeprowadzeniem takiego dowodu poradziliby sobie uczniowie szkoły podstawowej. Nie jest więc moją ambicją dowodzenie oczywistego. Jednak wiedziony wszechobecną skłonnością do przemyśleń wspomnieniowo–kombatanckich pozwolę sobie w tym miejscu na kilka osobistych refleksji. Jak większość naszych rodaków urodzonych i choć lekko odchowanych w „poprzednim systemie” dzielę swoje życie na „przed” i „po”. Temu dość popularnemu sposobowi postrzegania przeszłości towarzyszy równie powszechna, co naturalna wątpliwość: co było Rubikonem? Kiedy dokładnie nastąpił ten przełomowy moment, oddzielający „przed” od „po”? Pod tym względem nie ma zgodności w Narodzie. Z grubsza udało się ustalić, że „po” nadeszło w roku 1989, ale kiedy i gdzie, dokładnie pozostanie pewnie na zawsze tematem niekończących się dyskusji. Moja nieokiełznana skłonność do siania fermentu podpowiada mi, aby do tego gorącego, emocjonalnego tygla dorzucić jeszcze jedną datę. Ta data to 1 stycznia 1989 r. Ma ona dość logiczne, moim zdaniem, wytłumaczenie i nie chodzi tu bynajmniej o jakąś specjalnie huczną i radosną noc sylwestrową. Logikę swojego wywodu opieram na obiektywnych badaniach. Otóż, jak doniósł ostatnio TNS OBOP, za największy sukces ostatniego 20-lecia społeczeństwo uznało pełne półki w sklepach. Odpowiedziało tak 94 proc. ankietowanych, a to zgodność bez precedensu. Ci, którym upływające lata nie zmąciły do końca obrazów z przeszłości, potwierdzą, że na ten nasz największy sukces zaczęliśmy pracować nieco wcześniej niż doszło do rozmów Okrągłego Stołu i grubo przed czerwcowymi wyborami, których rocznica powoduje tyle emocji. Kiedy w czerwcu ‘89 szliśmy oddać głos, rewolucja gospodarcza już trwała na dobre. Obywatele zmierzający do urn, aby w pierwszych, częściowo wolnych wyborach dobić komunistyczną hydrę, wchodzili do lokali wyborczych wprost z największego na świecie hipermarketu pod gołym niebem. Jak kraj długi i szeroki każda płyta chodnikowa, każdy skrawek udeptanego wspomnienia po trawniku został przerobiony na „lokal handlowy”. Towaru już wtedy było w bród. Gorzej było z półkami. Producenci łóżek polowych i tzw. szczęk (absolutnie niepowtarzalny, polski patent) mieli swoje „pięć minut”. Prywatni producenci i królowie koferimportu zaopatrywali ten uliczny detal we wszelakie dobra. Kawa z Austrii, proszki do prania z Niemiec i turecki jeans mieszały się z plastikowymi wytworami wtryskarek i maszyn dziewiarskich. Pojawiały się i znikały fortuny, tworzyły się i upadały imperia, a miliony (nie widzę tu żadnej przesady) ludzi budowało swoją, nową rzeczywistość. To była nasza Klondike, nasza gorączka złota! Wszystko zaś zaczęło się właśnie 1 stycznia 1989 r. To właśnie tego dnia weszły w życie przepisy rewolucyjnej ustawy o działalności gospodarczej przygotowanej przez rząd Rakowskiego jeszcze w roku poprzednim. Tak zwana „ustawa Wilczka” - od nazwiska ówczesnego ministra, komunistycznego pół-działacza i pół-przedsiębiorcy - stanowiła, że „podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności dokonywać czynności, które nie są prawem zabronione” (cytat prawie dokładny). Dzisiaj nie znaczyłoby to wiele, gdyż tyle mamy zakazów i wyłączeń. Dlatego młodszym kolegom, znającym tylko dzisiejszą rzeczywistość, oswobodzenie może wydawać się pozorne. Paradoks bowiem polegał na tym, że poprzednia, impertynencka władza budowała swoje przepisy na pryncypialnej zasadzie, że zabronione jest wszystko, co nie jest dozwolone, a że trudno opisać „wszystko”, to w efekcie prawie nic nie było zabronione. No i ruszyła lawina! W krótkim okresie czasu powstało ponad milion nowych firm. Większość z nich zajęła się handlem. I tak, bez pomocy, dotacji, bez wiedzy, kapitału i dachu nad głową wykuwaliśmy ten nasz największy sukces. Wiem, że nie mam żadnych szans, aby się z tą datą przebić. Brak symbolu, bohater zbiorowy z brakiem skłonności do egzaltacji kombatanckiej i - co najgorsze - współautorstwo „czerwonych”. Jeśli o tym piszę, to tylko w wyniku wrażenia, że wbrew pozorom, przez 20 lat niewiele się zmieniło. Gdzieś tam były jakieś obchody, gdzieś tam były jakieś toasty, gdzieś tam były jakieś medale. Handel zdecydowanie nie znajduje się w tzw. głównym nurcie. Nikt nas raczej nie dopieszcza. Ani na co dzień, ani od święta. Mimo że teoretycznie stanowimy jedną z ważniejszych dziedzin gospodarki. Mimo że wytwarzamy ogromny procent narodowego produktu. Mimo że dajemy zatrudnienie masie ludzi, to do dotacji, ulg czy wsparcia stoimy na szarym końcu bardzo długiej kolejki. Nie ma też nas na liście zasłużonych, więc na medale i słowa uznania też szanse są marne. Może to i dobrze. Niech już lepiej nie „pomagają”. W końcu mamy „swój” kryzys, z którym musimy sobie poradzić (i to sami). I tak sobie myślę, że największą nagrodą jest te 94 proc. ludzi, którzy przyznali polskiemu handlowi tytuł Największego Sukcesu 20-lecia.
Roger
Nowe fixy KnorrNowe Fixy Knorr to Chrupery z kurczaka z dipem serowym lub Chrupery z kurczaka z dipem BBQ
>>
Energetyczna edukacja HariboRusza kolejna edycja ogólnopolskiego programu społeczno-edukacyjnego dla szkół i przedszkoli. Tym razem Akademia Misia Haribo otwiera się na ekologię i uczy dzieci, jak oszczędzać energię
>>
Komentarze
Dodaj nowy komentarz