OPINIA Zbyt łatwo zwalniamy się z myślenia, bardzo często zapominając, że działamy z ludźmi, wśród ludzi i dla ludzi.
Jako pretekst do dzisiejszego felietonu chciałbym wykorzystać nagłośnioną medialnie sprawę szwedzkiego, ćwierćwiekowego wyrobu mięsopodobnego. Postawię śmiałą tezę, że winę za całe, od podstaw, paskudne zamieszanie ponosi outsourcing. Jak można sprawdzić we wszechwiedzącej Wikipedii, wyrażona tym angielskim określeniem strategia to „wykorzystywanie zasobów zewnętrznych, zlecanie wyspecjalizowanym podmiotom zewnętrznym procesów niezbędnych dla funkcjonowania własnego przedsiębiorstwa, które zostaną tam zrealizowane efektywniej niż byłoby to możliwe we własnym zakresie”. Nic dodać, nic ująć. Działanie proste, skuteczne i ekonomicznie uzasadnione. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że bywa nadużywane. Większość z nas poszła zbyt daleko i zastosowała wyżej opisaną strategię nawet w stosunku do procesu… myślenia. Ten trudny, bolesny i pozornie mało efektywny proces dla własnej wygody postanowiliśmy „zlecać wyspecjalizowanym podmiotom zewnętrznym”. Dzięki temu zyskujemy czas i spokój ducha, zgubnie wierząc, że cały czas ktoś myśli za nas. Najprościej, rzecz jasna, objawów tych nadużyć dopatrywać się w zachowaniach polityków. Jak powszechnie wiadomo, właśnie oni doprowadzili outsourcing myślenia do absolutnej perfekcji. By zyskać czas na niekończące się dysputy o dyrdymałach, zlecili myślenie różnej maści doradcom i asystentom. Ci poszukali jeszcze bardziej wyspecjalizowanych jednostek i śmiem twierdzić, że na tym poziomie kaskada outsourcingowa się nie zatrzymała. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć fakt, że poważnie rozpatrywaną propozycją było obsadzenie w charakterze doradcy Polskiego Radia gościa, który wcześniej był dozorcą kamienicy. Niestety, my handlowcy też dajemy niekwestionowane przykłady zjawiska. Jak daleko ze „zlecaniem” myślenia musieli posunąć ci, co kupili, ci, co sprzedali, ci, co przerobili i ci, co znów sprzedali to skandynawskie badziewie. Zbyt łatwo zwalniamy się z myślenia, bardzo często zapominając, że działamy z ludźmi, wśród ludzi i dla ludzi. Wciągnięci w bezwzględną walkę o jak najniższe ceny produkujemy, dostarczmy i sprzedajemy za bezcen papierowe rowery, bezmięsną kiełbasę i „soki” z zakładów chemicznych. Chowamy się za pięknym opakowaniem, kuszącą promocją czy opinią „fachowców”, zapominając o ludziach i wartościach a przecież ma to wymiar nie tylko etyczny, ale czysto pragmatyczny. Niby wiemy, że najgorszy klient to klient utracony, ale nie dbamy na co dzień ani o niego, ani o naszych pracowników, ani tym bardziej o otoczenie. Jak w takich okolicznościach być dumnym ze swojego zakładu, sklepu, produktu, marki? Znam menedżerów, którzy do tego stopnia nie identyfikują się ze swoimi sklepami, że nigdy nie robią tam zakupów. Właściciel znanych zakładów mięsnych ochy i achy na prywatnej degustacji skomentował stwierdzeniem, że takie wyroby są produkowane tylko na własny użytek. Indagowany na okoliczność tego „tylko” stwierdził, że „robić na sprzedaż się nie opłaca”. Kilka lat temu amerykański konsultant odwiedzający moją firmę, człowiek niezwykle doświadczony, właściciel kilkudziesięciu marketów, który rozpoczynał od małego sklepu „na rogu”, sprzedał mi myśl „złotą”: aby odnieść sukces, nie wystarczy mnożyć i dodawać, w równym stopniu należy opanować dzielenie. Dzielić się trzeba nie tylko obowiązkami i odpowiedzialnością. Trzeba też umieć, rozumieć i czuć potrzebę dzielenia się zyskami. Nawet tymi malutkimi. Przy czym wywodził swoje twierdzenia nie w oparciu o etykę i wizje humanistyczne, ale o bardzo pragmatyczną teorię „krążącego pieniądza, który zawsze wraca”. W XIX wieku, w okresie najbardziej krwiożerczego kapitalizmu, świadomość tej koniczności była (o dziwo!) znacznie bardziej rozpowszechniona niż w świecie nam współczesnym. To właśnie wtedy G.Cadbury (ten od czekolady) sprezentował swoim pracownikom miasteczko Bournville, które do dziś jest przedmiotem dumy królewskiej Brytanii. To w tamtych czasach Karol Dittrich, współwłaściciel zakładów tekstylnych w Żyrardowie, przeznaczył kasę, że sprzedaży własnych udziałów na budowę przedszkola, szkoły, sali teatralnej, kręgielni i biblioteki, które do dzisiaj stoją, choć nie wszystkie, bo niektóre udało nam się jednak zniszczyć. Ten sposób myślenia nie był wcale zarezerwowany dla milionerów-obcokrajowców. W tym samym, mniej więcej okresie, ze składek setek kupców i rzemieślników Warszawy wybudowano - w ścisłym centrum - jeden z najbardziej okazałych gmachów stolicy. Budynek przy ulicy Foksal przeznaczony był dla warszawskiej młodzieży i mieścił sale do gimnastyki i wszelkich innych ćwiczeń fizycznych. Ci sami ludzie zrzucili się wcześniej na klub sportowy, a później na szkołę na Mariensztacie przeznaczoną dla ubogich dzieci z Powiśla. Kiedyś to było możliwe. Dziś konia z rzędem temu, kto uzbiera kilka stówek na nagrody w konkursie rysunkowym, a przecież opłacenie miesięcznych zajęć dla młodego piłkarza, malarza czy klarnecisty to tyle, ile wydajemy na skromny biznes lunch z kontrahentem. Choć jesteśmy zdecydowanie bardziej zasobni, kultywujemy jedynie mnożenie i dodawanie, a dzielenie traktujemy jako unikalny kwiat, któremu dajemy „zakwitnąć” jedynie w cudowną noc Jurka Owsiaka. Czy naprawdę nie rozumiemy, że wbrew wszelkim pozorom etyka idzie w parze z pragmatyką? Jeśli komuś nie wystarcza, że „tak należy”, to niech przyjmie do wiadomości, że „to się opłaca”.
Roger
Nowe fixy KnorrNowe Fixy Knorr to Chrupery z kurczaka z dipem serowym lub Chrupery z kurczaka z dipem BBQ
>>
Energetyczna edukacja HariboRusza kolejna edycja ogólnopolskiego programu społeczno-edukacyjnego dla szkół i przedszkoli. Tym razem Akademia Misia Haribo otwiera się na ekologię i uczy dzieci, jak oszczędzać energię
>>
Komentarze
Dodaj nowy komentarz