OPINIA W TV łajano ludzi, którzy „ważyli się zburzyć powagę chwili”, bezczelnie sprzedając znicze, flagi czy herbatę w dniach narodowej żałoby. Oburzenie dziennikarzy wzbudzało wszystko. Począwszy od „nieludzkich” marż, a na samym fakcie handlowania kończąc.
Razu pewnego miałem przyjemność spotkać człowieka niezwykle ciekawego. Był to bowiem mieszkaniec głębokiego interioru USA. Dla nas, Europejczyków, każdy przybysz zza Wielkiej Wody stanowi zagadkę, a już człowiek wywodzący się z jakieś Nebraski czy innej Dakoty to już dziwowisko z innej galaktyki. Z problemami językowymi można sobie dać radę (rzecz się dzieje w barze na lotnisku). Gorzej ze sposobem myślenia i sumą doświadczeń. Tu często zbiory są rozłączne. Trudno znaleźć neutralny i wspólny temat rozmowy. Weźmy choćby taki futbol. Jedno słowo, różna treść. On nie kuma, jak można z uwagą śledzić naszą nudną kopaninę. Ty nie pojmujesz emocji, jakie wzbudza bitwa kilkudziesięciu opancerzonych brutali, dla której pretekstem jest jajowata piłka. Tematem wspólnym mógłby być biznes, który - jak wiadomo - jest ponadgraniczny i w ogóle globalny. Okazuje się, niestety, że również tu dzielą nas lata świetlne. Gość pochodził z małej, wypoczynkowej miejscowości. Mieścina, uroczo położona nad przecudnej urody jeziorem, składała się właściwie z jednej, głównej ulicy, przy której tubylcy skubali na potęgę bogatych przyjezdnych. Było tam wszystko, czego turysta zapragnie. Gastronomia, wypożyczalnie, lunaparki, dyskoteki i budy z pamiątkami. Mój rozmówca dysponował korzystną lokalizacją. Brak mu było kapitału, ale głównie jednak chęci. Nie zabrakło mu natomiast pomysłu. Wykorzystał talent, jakim obdarzył go Stwórca i zręcznie wystrugał gigantycznych rozmiarów… krzesło. Mebel może nie był najpiękniejszy, ale był wielki. Ustawił to cudo przed domem, na głównym deptaku. Obok postawił puszkę, a nad nią informację, że zrobienie zdjęcia na tle wytworu jego rąk kosztuje 10 centów. Sam natomiast udał się do najbliższego baru, aby przy szklance czegoś z pianką oglądać profesjonalną ligę palanta. To był jego sposób na biznes. On popijał, krzesło-gigant stało, ludzie się fotografowali, a puszka pęczniała. Cena skalkulowana była rynkowo. W Stanach każdy ma przy sobie „dziesiątaka”. Dla 10 centów nikt nie próbował oszukiwać ani puszki rąbnąć. Nie trzeba było zasięgać opinii ani uzyskiwać pozwoleń od różnych sanepidów, architektów, urbanistów, strażaków. Nikt nie żądał certyfikatu bezpieczeństwa, kasy fiskalnej i pełnej księgowości. Na krzesło nie było… przepisów. Raz do roku, jak każdy porządny obywatel, składał deklarację podatkową i tylko mocno się pilnował, aby jego roczne wydatki nie przekraczały zadeklarowanych przychodów. „Pod” krzesłem robił sobie zdjęcia każdy znudzony atrakcjami turysta. Były ich tysiące. Tak, że po kilkunastu latach właściciel uzbierał sobie na wyprawę wakacyjną do egzotycznej Europy. Ja, Europejczyk, słuchałem tego jak najlepszej opowieści sience fiction. Ten odległy w czasie i realiach monolog przyszedł mi na myśl, gdy w TV łajano ludzi, którzy „ważyli się zburzyć powagę chwili”, bezczelnie sprzedając znicze, flagi czy herbatę w dniach narodowej żałoby. Oburzenie dziennikarzy wzbudzało wszystko. Począwszy od „nieludzkich” marż, a na samym fakcie handlowania kończąc. Zarzuty były z tych najcięższych. Straż Miejska chwaliła się liczbą i wysokością mandatów. Nikomu z żurnalistów nie wpadło do głowy zapytać, jakie przepisy zostały naruszone? Czy w ogóle są jakieś zapisy regulujące sprzedaż herbaty na ulicy? Nie wiem, który regulamin tego zabrania. Wiem natomiast bardzo dobrze, który artykuł naszej Konstytucji na to zezwala. Inkwizytorom spieszę donieść, że na narodowym nieszczęściu zarobiło bardzo wielu. Producenci symboli, dewocjonaliów, zniczy i czarnej wstążki, kolejarze, hotelarze i wielu, wielu innych. Najwięcej pewnie jednak sami tropiciele sensacji, którzy przez tydzień (z górką) mieli płaconą „wierszówkę” i jej odpowiedniki za artykuły, audycje i komentarze ku czci i pamięci. Żerowanie na ludzkim nieszczęściu jest moralnie naganne i nie mam tu zamiaru bronić tych, którzy nie szanowali powagi czy urazili czyjeś uczucia, ale sam byłem zadowolony, że mogłem na miejscu kupić znicz. Zarabianie pieniędzy jest niestety w naszym kraju nadal (mimo 20 lat kapitalizmu) zjawiskiem wręcz obrzydliwym. Na całe szczęście bardzo wielu robi sobie z tego niezbyt wiele. Kiedyś dzięki takim jak oni, kreatywnym kramarzom potrafiącym zrobić parę groszy z niczego, stanęliśmy na nogi po latach wyniszczającego socjalizmu. Dziś podobni pacyfikują kryzys. Pewnie nie zasłużyli na pomniki, ale na powszechne opluwanie również nie.
Roger
Nowe fixy KnorrNowe Fixy Knorr to Chrupery z kurczaka z dipem serowym lub Chrupery z kurczaka z dipem BBQ
>>
Energetyczna edukacja HariboRusza kolejna edycja ogólnopolskiego programu społeczno-edukacyjnego dla szkół i przedszkoli. Tym razem Akademia Misia Haribo otwiera się na ekologię i uczy dzieci, jak oszczędzać energię
>>
Komentarze
Dodaj nowy komentarz