OPINIA Utopijne marzenia o biznesowym lekarstwie uniwersalnym wydają się dość powszechne. Tymczasem „szczepionki na kryzys” nie ma i nie będzie. Wszędzie rządzi twarda zasada: „coś za coś”.
Poszukiwanie panaceum, czyli uniwersalnego środka na wszelkie dolegliwości, zajmowało czas ludzkości od zarania jej dziejów. Upór, z jakim oddajemy się utopii jest godny podziwu. Nadzieja na znalezienie leku na wszystko to drzemie w czasach spokojnych, to znów budzi się i rozkwita, kiedy tylko przyjdzie na nas dowolna bieda. Żadnych szans nie mają tu ani filozofowie, ani też bardziej racjonalne argumenty z kategorii „mędrca szkiełko i oko”. Jak tylko życie da nam mocniej w kość, natychmiast rzucamy się na poszukiwanie cudownych preparatów i recept. W takim stanie ducha karierę niezwykłą robią słowa-klucze. Stają się modne. Puszą się, pęcznieją, wstępują na salony, pozwalają się odmieniać przez wszystkie przypadki. Zarówno przez tych, co wiedzą, co tak naprawdę oznaczają, jak też i tych, którzy o znaczeniu mają raczej pojęcie względne. Sięgnę po najbardziej spektakularny przykład z ostatnich tygodni. Czy zauważyliście, jaką błyskawiczną karierę zrobiło słowo „szczepionka”? Było na ustach wszystkich i wszędzie. Używał go premier i jego ministrowie, ich mniejsi i więksi oponenci (zwłaszcza ci mniejsi), dziennikarze, luminarze kultury, szara ulica i mroczne lumpy. Wydawało się, że szczepionka pobije popularnością niekwestionowaną od lat królową polskiego języka (panią o swobodnym stylu życia w ujęciu na jedenastą literę alfabetu). Nie pomagały tu zupełnie kubły lodowatej prawdy wylewane sporadycznie na rozgorączkowane głowy przez znających się na rzeczy fachowców. Nikt nie chciał słuchać, że to metoda znana od lat, że daleko jej od stuprocentowej gwarancji, że trudna i od czasu do czasu powodująca powikłania, a co najważniejsze, że absolutnie nie jest środkiem uniwersalnym uodparniającym na wszystko i na zawsze. Będące w rozkwicie marzenie o panaceum skuteczniej nas uodparniało na głos rozsądku, niż wzmiankowana szczepionka na wirusa. Borykający się ze „spowolnieniem” (świadomie unikam słowa kryzys) nasz rodzimy handel też wykreował kilka słów-wytrychów, uniwersalnych recept na problemy spadającej sprzedaży, panaceum na błędy i wypaczenia. Wśród tych najmodniejszych prym wiodą: dyskont i franczyza. Ten pierwszy stanowić ma lekarstwo na wszelkie dolegliwości koncepcji handlowej, ta druga uniwersalne rozwiązanie problemów organizacyjnych. Toczą się dyskusje. Padają deklaracje. Rośnie krąg wyznawców. Mam jednak poważne wątpliwości, czy wśród polemistów i decydentów istnieje powszechne zrozumienie dla prawdziwych treści, jakie oba te określenia niosą ze sobą. Czy zamiast chłodnej kalkulacji czasu, miejsca, okoliczności i związanych z nimi ściśle celów i zadań nie mamy raczej do czynienia z bezkrytycznym podążaniem za modą? Można oczywiście zastosować koncepcję sprzedaży dyskontowej do handlu jogurtem marakujowym, toskańską szynką, hawańskimi cygarami czy też etolami z czesanych jednorożców parzystokopytnych. Idę jednak o zakład, że ograniczenia kosztów personalnych, centralna dystrybucja i paletowa ekspozycja z opakowań zbiorczych nie są w tym wypadku kluczem do przyrostu sprzedaży. Można próbować prowadzić sklep dyskontowy w willowej dzielnicy wielkiego miasta, tylko musimy przyjąć do wiadomości, że formuła będzie się drastycznie rozmijała z oczekiwaniami lokalnych klientów, którzy będą u nas kupować, ale raczej z przymusu niż dla przyjemności. Format hołdujący zasadzie „codziennie niskie ceny” może być dochodowy i może stanowić znakomitą alternatywę na czasy chudszego portfela oraz płytszej kieszeni. Nie da się go, niestety, zastosować wszędzie, zawsze i natychmiast. Podejmując decyzję, musimy być świadomi konsekwencji. Odnoszę nieodparte wrażenie, że paradoksalnie więcej rozsądku wykazują ci sami dyskutanci i decydenci, kiedy sami zamieniają się w klientów. Gdy zamierzamy zrobić artystyczny fotoreportaż ze skoków na bungee na tle zachodzącego słońca, raczej nie kupujemy kompaktowej idiotenkamery. Jeśli marzymy o wygraniu rajdu Paryż–Dakar, to nie wybieramy się tam najdroższą nawet bulwarówką. Przyzwyczailiśmy się, że wyczynowe buty do narciarstwa zjazdowego nie mogą być miękkie jak filcowe paputki. Nadal jednak utopijne marzenia o biznesowym lekarstwie uniwersalnym wydają się dość powszechne. Tymczasem „szczepionki na kryzys” nie ma i nie będzie. Wszędzie rządzi twarda zasada: „coś za coś”. Decydując się na formułę dyskontową, musimy zaakceptować ograniczenie asortymentu, ascezę ekspozycyjną, skrajną prostotę rozwiązań organizacyjnych i dramatyczne czasem oszczędności na tak zwanym „czynniku ludzkim”. To jeszcze nie wszystko. Musimy pamiętać o dopasowaniu lokalizacji, o zmianie relacji z dostawcami i wielu innych, istotnych elementach. Problem zaś tym większy, że sama zmiana na poziomie koncepcji to dopiero początek. Miałem osobiście wątpliwą przyjemność uczestniczenia w co najmniej dwóch podobnych rewolucjach i z własnego doświadczenia wiem, że całościowa kuracja bywa długotrwała, bolesna, kosztowna i obarczona wysokim ryzykiem „powikłań”. Dlatego szczerze rekomenduję, aby to wszystko dobrze przemyśleć, zanim zaczniemy się „szczepić”.
Roger
Nowe fixy KnorrNowe Fixy Knorr to Chrupery z kurczaka z dipem serowym lub Chrupery z kurczaka z dipem BBQ
>>
Energetyczna edukacja HariboRusza kolejna edycja ogólnopolskiego programu społeczno-edukacyjnego dla szkół i przedszkoli. Tym razem Akademia Misia Haribo otwiera się na ekologię i uczy dzieci, jak oszczędzać energię
>>
Komentarze
Dodaj nowy komentarz