OPINIA Jest się czego wstydzić! Smiling Report 2010 został podany do publicznej wiadomości. Firma prowadząca badania metodą tajemniczego klienta podała ranking najbardziej przyjaznego personelu sklepowego. Sprawdzali, czy przeciętny konsument może liczyć na uśmiech i przyjazne powitanie.
No i KATASTROFA! Powszechnie wiadomym się stało, że nasi sprzedawcy zajmują na liście światowej miejsce gorsze niż piłkarze w rankingu FIFA. Gorsze, bo … OSTATNIE! Nie może nas pocieszać fakt, że badano zachowania personelu sklepowego w zaledwie 14 krajach. Skrajni optymiści mogliby więc ripostować, że to, bądź co bądź, środek drugiej 10. Zawsze znajdą się pocieszyciele skorzy udowadniać, że szklanka jest w połowie pełna, a nie na wpół pusta. Tym razem jednak prawda jest brutalna. Wszyscy wiemy, że w tej konkretnej „szklance” nic już nie ma! Dno jedynie i to mocno wysuszone. Przecież choroba toczy nas już od dawna i ma wszelkie cechy epidemii bardziej zjadliwej niż najgorsza grypa. Nikt nie może spać spokojnie. Tajemnicza przypadłość opanowała przecież w równym stopniu i kelnerów, i fryzjerów, i mechaników, i policjantów, a szczególnie podatni okazali się urzędnicy wszelkich szczebli. O politykach to już nawet nie wspominam, bo to grupa zainfekowana wyjątkowo paskudną odmianą. Wredny bakcyl okazuje się też bestią absolutnie wręcz demokratyczną. Pokonał granice płci, wieku, zasobności. Myli się, kto sądzi, że „strzelenie focha” czy „wywrócenie gałami” może go doświadczyć tylko w kontakcie z fatalnie opłacaną kasjerką supermarketu. Wierzcie mi! Znam naprawdę nieźle zarabiających menedżerów, którzy zachowują się jakby uznali, że gradowe oblicze i wielopiętrowy bluzg to atrybut stanowiska i najlepsza metoda budowy autorytetu. Dziwne to zjawisko i niepoddające się żadnej teorii ni metodzie badawczej. Objawy nie występują permanentnie. Mięśnie mimiczne odpowiadające u człowieka za przyjazny grymas, zwany uśmiechem nie uległy u nas całkowitej atrofii. Potrafimy się uśmiechać, ale… konspiracyjnie, między swoimi. Na co dzień, zwłaszcza w pracy (ale też na klatce schodowej, w windzie, w autobusie, za kierownicą itp., itd.) jesteśmy poważni, czujni, napięci i nadęci. Czoła zmarszczone, wzrok i słuch wyostrzony, mięśnie napięte. Słowem: tygrys i to z tych bardziej wkurzonych. Specyficzne są również gwałtowne przemiany, jakich doświadczamy, przeobrażając się co chwila z ofiary w bezwzględnego oprawcę. Klient, który w sklepie domaga się (i słusznie) profesjonalnego uśmiechu, już kilka chwil później, za kierownicą swojego company cara, bryźnie wodą z kałuży na rowerzystę, który śmiał spowolnić pęd bryki. Ochlapany cyklista z lubością przejedzie po palcach pieszego, który nieopatrznie wkroczył na rowerową ścieżkę. Boleśnie doświadczony przechodzień, kiedy tylko powróci na urzędniczy tron, sponiewiera psychicznie petentkę (np. kasjerkę supermarketu), która śmiała zakłócić spokój urzędu pokorną prośbą o jakieś durne zaświadczenie czy stempelek. Łańcuch ten bywa często zdecydowanie dłuższy, a między poszczególnymi ogniwami wcale nie muszą występować bezpośrednie związki przyczynowo-skutkowe. Faktem jest, że nas szczelnie otacza i dusi lepiej niż wulkaniczny pył. Doszliśmy już do takiego stadium, że jakikolwiek przejaw uprzejmości traktujemy nieufnie, z góry podejrzewając jakieś ukryte, mocno podejrzane intencje. Nie jest zapewne dla nikogo wielka tajemnicą, że skuteczność leczenia jest mocno zależna od prawidłowej diagnozy. Od wielu lat mądrzy ludzie próbują więc chorobę zdiagnozować. Wywodzą jej przyczyny, a to z klimatu i ograniczonej liczby dni słonecznych, a to z mrocznej przeszłości socjalistycznego ucisku, a to z permanentnego niedostatku, a niektórzy nawet z woli Najwyższego (kara za grzechy). Żadna z tych teorii jeszcze mnie nie przekonała. Przez niemal 15 lat byłem odpowiedzialny między innymi za to, żeby personel w sklepach się uśmiechał. Nawet jeśli paskudny brak skromności nie pozwala mi się przyznać do porażki, to sukcesy w tym zakresie określiłbym, co najwyżej, jako… skromniutkie. Oczywiście brak prostej recepty i cudownego remedium nie może stanowić żadnego wytłumaczenia. Musimy z tą zarazą walczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Nie żal mi ani złotówki wydanej na szkolenia, mimo że mam pewność, że najlepszy nawet kurs skuteczny jest w krzewieniu uprzejmości jak plaster przy tamowaniu krwotoku z tętnicy. Żaden certyfikat tu sprawy nie załatwi. Na kursach to można nauczyć, że uprzejmy sprzedawca może sprzedać więcej, a to jedynie czubeczek góry lodowej. Bo jaki interes będzie miał w pogodnym obliczu urzędnik czy lekarz uspołecznionej służby zdrowia? A przecież ich choroba dotyka w stopniu nie mniejszym niż przedstawicieli handlu. Tu nie może być chłodnej kalkulacji. Tu musi zadziałać stadny instynkt. W społeczeństwie uprzejmym i uśmiechniętym żyje się fajniej, choć samo „dzień dobry” nie rozwiązuje żadnego problemu. I pomyśleć, że wie to każdy pies, merdając ogonem, mimo że nikt go tego merdania na żadnych kursach nie uczył.
Roger
Nowe fixy KnorrNowe Fixy Knorr to Chrupery z kurczaka z dipem serowym lub Chrupery z kurczaka z dipem BBQ
>>
Energetyczna edukacja HariboRusza kolejna edycja ogólnopolskiego programu społeczno-edukacyjnego dla szkół i przedszkoli. Tym razem Akademia Misia Haribo otwiera się na ekologię i uczy dzieci, jak oszczędzać energię
>>
Komentarze
Dodaj nowy komentarz